Piętnaście lat temu wydawało mi się, że już wszystko za mną. Że z alkoholem skończyłem raz na zawsze. Dzięki pracy terapeutycznej, wsparciu rodziny i sile, którą wtedy w sobie odnalazłem, wszedłem na drogę trzeźwego życia. Było dobrze. Stabilnie. Normalnie. Aż przyszedł moment, którego nikt się nie spodziewał – ani ja, ani ci, którzy mnie wspierali. Złamałem abstynencję.
Jak to się stało, że wróciłeś do picia?
Nie wydarzyło się to z dnia na dzień. To był proces. Cichy, podstępny, niewidoczny z zewnątrz. Aż sam w pewnym momencie przestałem dostrzegać, że znowu się staczam. Że znów piję. I znów uciekam. Przed sobą, przed bliskimi, przed prawdą.
Nawet po 15 latach miałeś kontakt z terapeutami z Dezyderaty?
Na szczęście terapeuci – ci sami, którzy kiedyś wyciągnęli do mnie rękę – znów to zauważyli. Jeden z nich, ten sam, który prowadził mnie ku trzeźwości wiele lat wcześniej, odezwał się. Delikatnie, ale konsekwentnie. Pytał. Dzwonił. Zachęcał. I nie odpuszczał. Nie zrobił tego sam – miał wsparcie moich przyjaciół, którzy widzieli, że coś jest nie tak. Gdy pewnego dnia byłem już na dnie – fizycznie wycieńczony, psychicznie rozbity, niezdolny do jakiegokolwiek działania – zadzwonili. Powiedzieli: “Chodź z nami. Pomożemy ci wrócić”.
Jak wyglądał powrót do ośrodka i dalsza terapia?
Właśnie wtedy znów trafiłem do ośrodka Dezyderata.
Nie pamiętam wszystkich szczegółów tamtego dnia, ale pamiętam emocje. Wstyd. Zmęczenie. Lęk. Ale i ulgę. Ktoś znów podał mi dłoń. Nie osądzał. Po prostu był. Przyjął mnie, wysłuchał, pomógł się podnieść. Dziś znów żyję trzeźwo.
Terapia alkoholowa nie polegała tylko na siedzeniu w kręgu i opowiadaniu o sobie. To były konkretne ćwiczenia, rozmowy, konfrontacje z tym, czego przez lata nie chciałem widzieć. Codzienny rytm zajęć pozwalał mi odzyskać strukturę dnia. Zajęcia grupowe uczyły mnie, że nie jestem sam, że inni też się zmagają, że mogę się od nich uczyć i ich wspierać. Spotkania indywidualne z terapeutą dawały przestrzeń na to, czego nie dało się powiedzieć głośno przy innych.
Rozmawialiśmy o uzależnieniu, o mechanizmach obronnych, o tym, jak działa na mnie głód alkoholu. Uczyłem się rozpoznawać sygnały ostrzegawcze. Uczyłem się mówić, jak się czuję. I po raz pierwszy od dawna miałem poczucie, że to ma sens – że nie chodzi tylko o to, żeby nie pić, ale żeby żyć inaczej.
Najważniejsze było to, że w Dezyderacie nikt nie obiecuje szybkich cudów. Oni uczą pracy – codziennej, cierpliwej, ale dającej prawdziwe efekty. I uczą, że upadek nie przekreśla człowieka. Że można się podnieść.
A co po terapii alkoholowej?
Regularnie korzystam z terapii indywidualnej. Spotykam się z terapeutą raz w tygodniu. To dla mnie ważne. Nie chcę już wracać na tamtą drogę. Wiem, do czego prowadzi. Teraz chcę iść naprzód – spokojnie, uważnie, świadomie. Dzięki ośrodkowi Dezyderata znów funkcjonuję w rytmie, który jest mój. Naturalny, prawdziwy. Nie muszę się chować. Nie muszę udawać. Jestem sobą – trzeźwym, obecnym, gotowym do życia.
Dziś wiem, że trzeźwość to nie jest stan osiągnięty raz na zawsze. To proces, który trwa. Który wymaga uważności, pokory, gotowości do przyjmowania pomocy. Po tylu latach nauczyłem się, że nawroty się zdarzają, ale nie są końcem drogi. To raczej sygnał – że coś wymaga przepracowania, że gdzieś zlekceważyłem własne potrzeby, że przestałem słuchać siebie. Teraz mam odwagę się zatrzymać i powiedzieć: „Potrzebuję wsparcia”. I wiem, gdzie je znaleźć. Bo Dezyderata to nie tylko miejsce. To ludzie, którzy nie oceniają. To przestrzeń, do której można wrócić, kiedy wszystko inne się sypie.
Nie jestem bohaterem. Jestem człowiekiem, który znów uczy się żyć. Każdy dzień bez alkoholu to dla mnie wybór i mały sukces. Nie myślę już w kategoriach „na zawsze”. Myślę: „dziś jestem trzeźwy – i to się liczy”. Tego właśnie nauczyła mnie terapia – by być tu i teraz, w prawdzie, ze sobą. I by nie bać się zaczynać od nowa. Nawet jeśli to już któryś raz. Bo każdy krok w stronę zdrowia ma znaczenie. Dziękuję za to, że znów mogę iść tą drogą.
Dziękuję. J.








